MAŁE GNOMY...

Tak naprawdę, nie mam pojęcia dlaczego tak bardzo się boję. 
Wszystko wydaje się układać w jakimś porządku. 
Dzieci raczej mnie lubią ( podobnie jak zwierzęta ). Istnieje więc spora szansa, że moja własna córa też mnie zaakceptuje.

      Swoją drogą, dziwna zależność z tymi dziećmi i zwierzętami         
 - nie sądzicie?! 

Zazwyczaj bywa tak, że kiedy lubią Cię zwierzęta to i dzieci do Ciebie ciągną i na odwrót, jak lubią Cię dzieci ciągną też zwierzęta. 
Mówi się, że zwierzęta wyczuwają dobrych ludzi.
 Ta teoria jak najbardziej mi się podoba, ale niestety nie umiem w nią do końca uwierzyć. 

Powracając do tematu...
A więc dzieci.

Kilka lat temu miałam wielki zaszczyt zbliżyć do moich świeżo upieczonych wówczas, kuzynów. 
Kilkunastoletnia różnica wieku sprawia, że mam ciepły, nie tylko rodzinny, ale powiedziałabym przyjacielski kontakt, nie tylko z moimi kuzynami, ale również z ich rodzicami. 
Jestem gdzieś pomiędzy nimi w świecie wielkiego dorastania. 
Dzięki temu moi kuzyni mogą ze spokojem nadal traktować mnie bez skrępowania jako siostrę stryjeczną a nie ciotkę, z kolei moje stryjostwo ze spokojem może się ze mną napić piwa i poplotkować o tym i o tamtym. 
Zawsze uważałam się za wielką szczęściarę z tego powodu. 
Bycie "pośrodku" jest niezwykle praktyczne. 

Kilka lat temu, mój stryj i stryjenka poprosili mnie żebym zaopiekowała się kuzynami przez kilka dni podczas ich wyjazdu. 

Z przyjemnością, ale też niezłą dawką lęku podęłam się tego zadania. Muszę przyznać, że była to najlepsza metoda antykoncepcyjna z jaką miałam do czynienia!
 Nie dlatego, że było ciężko, 
że chodziłam niewyspana,
 że co pięć minut słyszałam "nudzę się", albo " a co teraz robimy?", że cały czas panował harmider, a chwile błogiego spokoju trwały niezwykle krótko... - a nie czekajcie. 
Tak właśnie dlatego! 
Chcecie uświadomić swoje nastoletnie córki czym grozi seks bez zabezpieczenia? 
Załatwcie im posadę niani na 24 godziny na dwa tygodnie!  

Ten "pierwszy raz" jako opiekunka zmienił mnie.

Od tamtego czasu z jakiegoś powodu tęskniłam za tymi małymi maruderami i starałam się przyjeżdżać do nich, kiedy było to możliwe.  Podczas każdego z moich przyjazdów doświadczyłam tyle ciepła i energii, że przez kilka kolejnych miesięcy nic nie mogło zmącić mojego spokoju. 

Siedzisz zmęczony na kanapie z książką w ręku. Masz właśnie te pół godzinki dla siebie i właśnie w tym momencie czujesz jak jakieś małe "coś" wspina się na Ciebie, żeby się przytulić i obejrzeć do końca swoją kreskówkę. 

Jest sobotni poranek. Śpisz zadowolony że nie musisz nigdzie się spieszyć, masz czas na lenistwo i właśnie wtedy obrywasz piłką w głowę od małego pędraka.
Jest wczesny, nawet bardzo wczesny poranek.. ( a nie sorki do tej sytuacji wrócę niebawem ;) )

Rozumiem osoby, które nie chcą mieć dzieci. Wierzcie mi lub nie, ale ja też przez bardzo długi czas byłam przekonana, że dzieci to te stworki których w życiu mieć nie mam zamiaru. 

Rozumiem ludzi, którzy nie lubią dzieci.
Ba! Nawet jako animator zdarzało mi się za jakimś dzieckiem nie przepadać. Tak to już niestety jest, że dzieci to też ludzie i tak jak nie wszystkich ludzi dorosłych lubimy, tak można nie przepadać za dzieckiem. 
To się po prostu zdarza.

Tak to jednak natura wymyśliła, że często różne rzeczy i podejście do nich, zmienia nam się z czasem. 

Do jednych rzeczy dojrzewamy, z innych wyrastamy, a inne omijamy, by nigdy się nie przekonać co tak naprawdę o nich myślimy.
Nie mam zamiaru nakłaniać kogoś do "polubienia" dzieci.
Co to, to nie! 

W życiu jest najpiękniejsze to, że każdy jest inny dzięki czemu świat staje się jeszcze ciekawszy. 

Piękne jest to, że są tacy, co niczym przed wampirem z czosnkiem i krzyżem w ręku, będą bronić się przed dziećmi.

W moim jednak wypadku przekonałam się do dzieciaków.

Choć nigdy nie byłam wrogiem dzieci i zawsze je mniej lub bardziej lubiłam, to jednak mieć nie chciałam.
Chciałabym tutaj podziękować mojemu stryjowi Tomkowi i stryjence Ani, że dali mi możliwość nie tylko poznanie moich kuzynów, ale i zakochanie się w nich szczerze.
 Dziś chyba łatwiej mi jest rozumieć jak wdzięczne może być posiadanie potomstwa. 
Ten lęk, który teraz miesza się we mnie ze zniecierpliwieniem i wyczekiwaniem na własnego małego stwora, jest dzięki temu chyba łagodniejszy.

OK. Wiem..! 

Piszę o małych, upierdliwych gnomach.
 Ale jakie życie byłoby nudne bez nich!
Całusy dla mojego Szymka i Mateuszka, którzy mnie zaakceptowali taką jaka jestem. ^_^





Czytaj więcej >

MAROŃ-PERFEKCYJNA PANI DOMU


Niesamowite jak zmieniamy się w ciągu dorastania. 
Kiedy jesteśmy dziećmi marzymy o tym by stać się kimś nietuzinkowym. Najczęściej chcielibyśmy mieć wpływ na coś wielkiego. 
Im jesteśmy więksi, nasze ambicje stają się mniejsze (ale nie zawsze, bo przecież skąd wzięli się politycy?).

Kiedy byłam mała chciałam być żoną Michael'a Jackson'a. Wystarczył magnetofon i kaseta z jego piosenkami, żeby znaleźć się przy nim.
Codziennie opowiadałam rodzicom o moich nocnych wyprawach do ukochanego.  Nie pamiętam co ze sobą "robiliśmy", pewnie zwiedzałam tę jego Nibylandię. 
Michael był moim ideałem. 
Nie rozumiałam dlaczego ludzie mówią o nim tyle brzydkich rzeczy 
(i w sumie nadal nie umiem dać im wiary).
Mniejsza o to.

Z czasem kiedy dorastałam, zaczęłam zastanawiać się jaką partnerką chciałabym być dla mojego przyszłego małżonka.
 W pewnym momencie życia miałam więcej kolegów niż koleżanek. 
To facetom się spowiadałam i to oni byli moimi pierwszymi doradcami. Z dziewczynami nie umiałam zawierać bliższych kontaktów i zawsze czułam do nich jakiś niewidzialny dystans. 
(Dopiero od jakiś 2-3 lat sytuacja uległa zmianie).
Tworzyłam więc w głowie szablon "idealnej mnie partnerki", w oparciu o doświadczenia moich kumpli. 

Teraz za to pokutuję... 
Dlaczego?

Z nauk moich kumpli płynęło wiele pożytecznych i wygodnych rzeczy, niestety wkradło się też wiele takich, które nie przystają ponoć kobiecie posiadającej rodzinę.
W efekcie, faktycznie lubię gotować, ale nie uznaję tej czynności jako mój obowiązek (fakt, kiedy nie mam dla kogo gotować jest mi smutno, więc może to nie najlepszy przykład). 

Wszystkie moje poprzednie związki rozpadały się m. in. z tego powodu, że zatracałam się w partnerze, zapominając o sobie i co najważniejsze - nie potrafiłam rzucać fochów. 
Dopiero przy Piterze nauczyłam się tej babskiej sztuczki i dziś nie mam pojęcia jak mogłam kiedykolwiek myśleć, że to bezskuteczna dziecinada (tak mi koledzy wmawiali). 
Dziś wiem drodzy panowie, że niestety męski móżdżek często nie przyswaja niewygodnych komunikatów bez tej broni - a szkoda bo te fochy strasznie wyczerpują psychicznie!

W sumie cały czas się zastanawiam, czego mi brakuje jako kobiecie? Umiem i lubię gotować (ale to już pisałam).
Nie jestem jakąś mega zazdrośnicą i nie mam pretensji do mojego faceta, kiedy raz na jakiś czas zwraca uwagę na jakąś młodą, ładną dziewczynę (no bo przecież też mam oczy!)
Myślę, że mimo wszystko jestem wyrozumiała i jak trzeba staram się spoglądać na temat oczami mojego partnera, przed wydaniem osądu. 
Mam pasję- jest nią sztuka, ale niestety nie jest to temat zainteresowań mojego partnera (ale raz udało nam się wspólnie wybrać na wernisaż- muszę więc nad tym pewnie jeszcze z mojej strony popracować). 
Jeśli chodzi o sprawy intymne, to powiedzonko, że krowa która dużo mruczy, miauczy, gdacze czy coś tam- daje mało mleka w naszym przypadku się nie sprawdza.
Poza tym, jestem taką kochaną i miłą osobą - poprostu ideał!
Jakieś wady..?
Ja i wady..? 
Ja i wady lubimy się wkluczać. :P

No i właśnie według mnie moje wady to zalety, według mojego partnera moje wady to moje wady i muszę je zwalczać, czy pracować nad nimi i takie tam... 
A wystarczyło przecież, żeby spojrzał na wszystko z mojej perspektywy!!!

Od czego by tutaj zacząć..?
Hmm... że niby źle gospodaruję moimi pieniędzmi.
Ojj nie nie nie! Ja wiem ile posiadam i świadomie podejmuję decyzję, w którym momencie pieniądze się wydaje, a w którym oszczędza. Czasami faktycznie zaszaleję i wydam więcej niż zamierzałam, ale opieram moją decyzję na fakcie rzucenia palenia papierosów. 
(Ile pieniędzy przez to zaoszczędziłam i zaoszczędzę w przyszłości- tyle mogę wydać na przyjemności. O!)

Że niby jestem melepetą i cały czas mam wypadki. 
Przepraszam najmocniej, kiedy byłam singielką nie wpadałam do półtora-metrowych wykrotów i nie miałam ani jednej kostki złamanej. Przypuszczam, że mój partner został przeklęty przez jakąś odrzuconą absztyfikantkę i teraz Ja cierpię z tego powodu, bo ma mnie to zrazić i namówić do porzucenia Pitera... 
Tak - zapewne mam rację! Inaczej być nie może. 

Że niby leniwa jestem..? 
Każdemu przydaje się trochę odpoczynku! Jedni potrzebują go więcej inni mniej. Ja jestem z tych, co potrzebują go cały czas- nic na to nie poradzę :P

A i że niby zamiast się uczyć to się lenie.
No helloł, a kiedy mam niby odpoczywać?! 
Uczę się szybko, więc po co tracić czas, jak myk w godzinkę przed egzaminem ogarnę materiału wystarczająco dużo na zaliczenie?! Phii...

Ponoć brudas ze mnie. Ale nie taki, że się nie myje. Nie, nie, wręcz przeciwnie za długo się kąpie. 
 A miej panie taki brzuchal jak ja i włosy wilkołaka na całym ciele! No w pięć minut tych chaszczy nie wytępisz..!

A, że w domu bałagan?
 No i właśnie... Ile to razy słuchałam moich kumpli marudzących, że ich kobitki ze ścierą latają od samego rana i gonią ich za skarpety na podłodze. No to stwierdziłam, że taka nie będę! 
Dom to nie muzeum! 
Umywalka to nadal miejsce na brudne naczynie (że się brudne naczynie tam zadomowiło na dłużej taki jego wybór).

Ojj pewnie znalazłoby się jeszcze wiele takich moich niby wad.
 No i dobra.. Może powinnam czasem nad sobą popracować- ale ja się i tak bardzo staram. Gdyby tak nie było pewnie żylibyśmy teraz pomiędzy tunelami z ciuchów do prania, sterty makulatury do przejrzenia i czegoś co samo już chce z domu wyjść.

Problem polega na tym, że budując "idealną mnie partnerkę" nie wpadłam na to, że zwiążę się z kimś dla kogo ten ideał pozostawia wiele do życzenia. 

Ale mimo wszystko nie jest źle... Małymi kroczkami uczę Pitera jak być nieco mniej porządnym, a on mnie eee... no też myśli, że mnie uczy i wszyscy są szczęśliwi ! ^_^ 

Bo przecież ludzie idealni, (jeśli istnieją jacyś oprócz mnie) muszą być okropnie nudni!

Na koniec muszę Wam się do czegoś przyznać. 
To marudzenie Piterowe o sprzątaniu i tak bardziej mnie rozczula niż denerwuje. 
No bo powiedzcie drogie panie, jak tu nie kochać kogoś, kto rozpoczyna Wam dzień w takim stylu? :P




Czytaj więcej >

MAROŃ DOBRA RADA


 Każda rodzina ma swoje indywidualne tradycje, przyzwyczajenia i główne tematy zainteresowań. Oczywiście, każdy członek jest inny - czasem tak bardzo, że można pomyśleć że nie należy do rodziny. 

Jeszcze się nie chwaliłam, ale w mojej rodzinie na porządku dziennym zawsze było zainteresowanie medycyną.

Mój dziadek marzył, żeby studiować medycynę, ale jako ojciec piątki chłopaków postanowił nie zostawiać swojej małżonki samotnie na placu boju, mimo przyjęcia na Uczelnię Wyższą.
 Mój ojciec nawet studiował medycynę, ale ostatecznie na skutek młodzieńczych perypetii, został pielęgniarzem i właśnie pracując w swoim zawodzie poznał moją mamę, która to marzyła o tym, żeby zostać górnikiem jednak przez brak zgody rodziców ostatecznie także wylądowała w białym uniformie(który nosi do dzisiejszego dnia). 

Tak, zatem pielęgniarstwo, medycyna i takie tam...

Ja jako dziewczynka w gimnazjum również poważnie zastanawiałam się nad medycyną. Biologia była jednym z moich ulubionych przedmiotów, a ja zawsze interesowałam się kryminologią, więc marzyłam o byciu kryminologiem sądowym. Jednak moja pasja do rysunku wzięła górę. 
(No dobra, po prostu chciałam się wyrwać z małego sennego Kołobrzegu czym prędzej i jak najdalej :P)

Pamiętam kiedy byłam w liceum, moi znajomi często obsadzali mnie w roli "ratownika" podczas imprez. 
Na moich barkach spoczywała wilka odpowiedzialność-  "cucenie umarlaków", a że była to praca bardzo zajmująca, szybko postanowiłam zmienić swoją pozycję w grupie i dołączyć do umarlaków. Na szczęście udawało mi się tylko sporadycznie (do momentu kiedy straciłam wyrostek robaczkowy, a wraz z nim moją mocną głowę).

Kolejną cechą charakterystyczną dla mojej rodziny jest "pożądanie czcicieli".

Już tłumaczę...
Zarówno, ojciec, matka, moja siostra jak i ja jesteśmy narcyzami z krwi i kości. Objawia się to przede wszystkim w mędrkowaniu. 
Każde z nas zawsze wie najlepiej! 
Nie ma inne opcji!
Cóż.. w ciągu wielu lat przebywania pod jednym dachem poszliśmy na kompromis i każdy wyspecjalizował się w swojej indywidualnej dziedzinie.
 Myślę, że to taki samoobronny odruch biologiczny. 
Natura wiedziała, że jeśli nie pójdziemy na kompromis pozabijamy się, więc stworzyła nam warunki ku temu optymalne. 
No i tak: 
ojciec jest poszukiwaczem skarbów, wszędzie widzi smoki i węże, no i oczywiście ślady wikingów; 
mama pozostała przy sprawach medycznych w połączeniu ze wszelkimi zdrowotnymi cudami; 
moja siostra jest królową ciekawostek popkultury (niestety przez długie godziny spędzone w pracy, często musi ograniczać poszerzanie swojej popkulturowej mądrości);
no i jestem Ja- król ciekawostek rodem z discovery, tudzież innych programów telewizyjnych, największy znawca zwierząt i dzieci, no i przede wszystkim 
naczelny krytyk wszystkiego i wszystkich 
III Rzeczpospolitej Polskiej.

Będąc masochistką związałam się z człowiekiem, który też ma pociąg do mędrkowania i przez to, znowu jestem na etapie wyszukiwania kompromisu... Hmm... możliwe ze przyjdzie mi więc nieco przebranżowić swoje wyspecjalizowane tematy.

Główna zasada bezpiecznego mędrkowania, polega na przestrzeganiu granic.
 Zatem, kiedy jestem, wśród bliskich oni respektują moje życiowe mądrości, a ja ich ( oczywiście respektowanie nie oznacza wyzbycie się ze wzajemnego podśmiechiwania z naszych wypowiedzi, ale ogólnie dbamy o to by docinki nie były zbyt gęste ).
 Kiedy jesteśmy jednak w otoczeniu naszych znajomych lub obcych, możemy wykazać się na wszystkich płaszczyznach mądrości, wykraczając poza nasze "specjalizacje". 
Tak, przyznaję- UWIELBIAM TO!
 Ktoś ma problem zdrowotny to od razu hop do Maronia!
 Ktoś nie wie jak zaplanować przyjęcie dla dzieciaków hop do Maronia! 
Innym razem Maroń może podzielić się ciekawostką z popkultury czy o wikingach (jakąś, bo teraz nie chce mi się nad przykładem myśleć :P) 
WSZYSCY MNIE CZCZĄ I JESTEM SZCZĘŚLIWA.

Czasami bywa tak, że można przekroczyć pewne granice wśród bliskich, ale ze znajomymi. Takie możliwości daje nam w dzisiejszych czasach technologia. (Czyli coś na czym zupełnie się poznać nie potrafię, ale zdarza mi się korzystać). 
Komputery i rozmowy przez kamerkę, telefony i rozmowy wszędzie gdzie jestem..! 
Tak rok temu kiedy złamałam nogę technologia umożliwiła mi przeżycie. 
Dwa miesiące przymuszonego kwitnięcia w domu. Miesiąc siedzenia w jednej pozycji. Tydzień oczekiwania na opium i innych przeciwbólowych środkach, po których majaczyłam i wymiotowałam jak kot - oczekiwania na operację złamania z przemieszczeniem- takie cuda w Polsce za darmo!!! 
(Polecam :P)
Nic dziwnego, że podczas tego bezproduktywnego siedzenia w domu, wykorzystywałam każdy możliwy momencik na wyżycie się i otrzymanie jakiegoś okrucha czci dla mnie.

A więc pamiętajcie: jak jest Wam źle i niedobrze i kokardy opadają, to znak abyście poszukali kogoś, kto obdaruję Was swoją czcią. 
Życie bez czczenia, to życie biedne i nieszczęśliwe, zatem czcijcie mnie proszę za tę jakże niezwykłą radę ^_^





Czytaj więcej >

MELEPETA PO MAMUSI


Czasami słyszę: 
"ojej Marooń.." 
i 
"to takie typowe dla Ciebie Maroń"
albo:
"skąd Ty tak masz?!"

O! i na to ostatnie pytanie myślę, że znam odpowiedź!
Mam to po mamie!

Wyprowadziłam się z domu rodzinnego dosyć wcześnie, zaraz po gimnazjum, bo rodzice pozwolili mi spełnić moje marzenie i iść do szkoły plastycznej. Od tego momentu, widziałam się z rodzicami niemal tylko w weekendy. 
Z czasem moje przyjazdy do nich stały się coraz rzadsze. 
O dziwo, wydaje mi się że mój wyjazd bardzo nas do siebie zbliżył. Wcześniej nie potrafiłam się przebić przez moją siostrę gadułę i raczej nie opowiadałam za dużo. Teraz kontaktowaliśmy się telefonicznie, a rozmowy te były bardzo wyczekiwane, więc cała uwaga była skupiona na mnie. Nagle okazało się, że jestem taką samą gadułą jak moja siostra. 
( No dobra przyznać muszę, że do tej pory bije mnie na łeb na szyję w rozmowie twarzą w twarz, ale przez telefon czasami udaję mi się ją zagłuszyć ).
 Po jakimś czasie kiedy przyjeżdżałam do rodziców, zwróciłyśmy z moją mamą uwagę na pewną rzecz...
Otóż, za każdym razem kiedy się pojawiałam i prowadziliśmy jakąś rodzinną dyskusję musiał pojawić się taki moment, w którym jak w chórku z moją mamą mówiłyśmy dokładnie to samo, używając przy tym tego samego szyku zdania i sformułowań. Co więcej, może i ja jestem naiwna i łatwo mnie nabrać, ale po kimś to odziedziczyłam. 
Mam też taką tendencję do bycia melepetą - zupełnie jak moja per madre!
 Skąd to wiem?!
Widziałam wiele takich drobnych dowodów na to, ale pewna anegdotka, którą moja mama opowiedziała mi ostatnio rozczuliła mnie bardziej niż pozostałe.
Wyobraźcie sobie... Rozmawiacie ze swoją mamą przez telefon. 
Moja madre, jak to inne matki, uwielbia raz na jakiś czas wkręcić się w jakąś dietę cud.
 Tym razem moja madre zachwycona była koktajlami warzywno-owocowymi. Załatwiła sobie setki przepisów, których jak każda porządna, odpowiedzialnie odchudzająca się kobieta pragnęła przestrzegać z największą świętością. Ponieważ ja od bardzo dawna interesuję się kuchnią, a moja mama jakoś w gotowaniu nigdy się nie odnalazła wykorzystała moment, w którym sprawdzała nowe przepisy na koktajle i chciała się jednym ze mną podzielić. 
No i może z mam nie powinno się śmiać, ale z mojej, w momencie przypływu geniuszu myślę, że nie mogłabym się powstrzymać. 
Zatem mama wymienia mi składniki swojego koktajlu i naglę słyszę magiczne słowo..:" BEJBI"... 
Serce me urosło na myśl, że moja własna matka- nie ma wątpliwości w szpitalu mnie nie podmieniono!



 No madre... Buziole i dziękuję za inspirację ( w sumie nie pierwszą i mam nadzieję, że nie ostatnią :P ).

Czytaj więcej >

ROZPRAWKI GENETYCZNE


Dobra, przyznaję- im brzuch większy, a kopniaki coraz boleśniejsze, tym częściej zastanawiam się, jaka ta moja koza będzie?
Czy będzie leniuchem po mamusi, czy po tatusiu? 
Pani mechaniczka, czy kolejny artystyk?

A więc tak...
Jest takie coś co nazywamy genetyką.
(Wiem, bo słyszałam w telewizji :P)
I ponoć dzięki tej genetyce nie tylko dziedziczymy po przodkach cechy fizyczne, ale również psychiczne.
Trochę to abstrakcyjne- przyznajcie. 
Wyobraźcie sobie, że to kim jesteśmy, jak myślimy i czujemy jest niczym przepis kulinarny, który modyfikujemy za każdym razem, dodając i odejmując różne składniki i zmieniając ich proporcje. Każde danie traktujemy względnie podobną temperaturą i różnym czasem pieczenia. 
Z każdego przepisu wyjdzie nam inne, ale czasami bardzo podobne do poprzedniego danie. 

Niesamowite prawda?

Za każdym razem, kiedy ludzie się ze sobą łączą, dochodzi do wojny dwóch różnych przepisów, gdzie wygrywa "silniejszy". 
Najlepiej jednak żeby przepisy się uzupełniały niemal w całości...

 No dobra koniec tej metafory, bo się za mocno w nią wczułam:P

W skrócie: zaczęłam się zastanawiać jakim daniem będzie moja koza- takim tatusiowym czy mamusiowym? Ale jeszcze bardziej nurtowało mnie, czy faktycznie te cechy psychiczne są w tak dużym stopniu dziedziczone?

Przyznaję, że z wielką ciekawością zaczęłam obserwować jakie podobieństwa łączą mojego partnera i jego synka.

To było niesamowite!
Szybko zauważyłam tą samą mimikę twarzy i podobieństwa w zachowaniu. 
Taki mały człowieczek, a robi wszystko tak jak tatuś. 
Robi to tak doskonale i naturalnie, że nie ma mowy o nabyciu tych cech. Co to, to nie. 
Moje obserwacje utwierdziły mnie w idei 
"wielkiego dziedziczenia wszystkiego". 
Pogodziłam się nawet z tym, że moja koza może być po mnie melepetą, albo histeryczką, albo jeszcze takim zboczuchem, czy coś... 
( no co każdy ma jakieś defekty :P )

I tak krążyły te moje rozmyślenia i krążyły i krążą nadal...
Bo wiecie, ja jeszcze nie mam swojego małego klona, a Piter już ma.
To byłoby wielce niestosowne i wręcz niesprawiedliwe, żeby oba dzieciaki były podobne do tatusia!
A jak ktoś powie, że przesadzam i nie są tacy do siebie podobni, to wspomnę tylko pewną anegdotkę. 
Wydarzyło się to, kiedy nareszcie dowiedzieliśmy się, że nasza koza faktycznie jest kozą, a nie koziołkiem.
A wszystko wyglądało tak...



(tak wiem pasy źle narysowałam- no cóż nawet geniusze czasami się mylą :P )


Czytaj więcej >

SZOPING BEJBE..


 Są takie momenty, kiedy jedynym sposobem na odstresowanie pozostaje szoping. 
Jakiś czas temu na jeden się wybrałam. 
Wykorzystałam pretekst, że wyrosłam z kolejnego stanika i ruszyłam do jednej z najbardziej znanych sieciówek w nadziei znalezienia taniego następcy. 
Tak się składa, że w moim mieście sieciówka ta posiada sklep kilku poziomowy, a na ostatnim piętrze jest dział dziecięcy, który nigdy mnie nie interesował. Tym jednak razem skusiłam się i postanowiłam rozeznać się w śpioszkowym temacie.
 Łooo matulu..! 
Do tej pory nie potrafiłam zrozumieć jak kupowanie szmatek dla mikrusów może być ciekawe, ale wystarczyło, że w moje łapy trafił mini dres z pingwinem i już byłam skończona.

 Nie wiem czy wiecie, ale pingwin to najseksowniejsze zwierzę na Świecie(niebawem wrócę do tego tematu).

Zatem, zamiast podejść do kasy po 20 minutach z nowym stanikiem, znalazłam się przy niej po ponad godzinnym przebieraniu i rozmyślaniu, z wielką stertą śpioszków imitujących najróżniejsze zwierzaki świata. Dodatkowo skusiłam się na jakąś nową sukienkę i nawet skarpety kupiłam. Mocno przekroczyłam ustalony wcześniej budżet. Ale wiecie jak to jest... Część rzeczy kupiłam na poczet faktu, że od kiedy jestem w ciąży nie palę dzięki czemu oszczędzam solidną kwotę każdego miesiąca, część kosztem zachcianek jedzeniowych, a jeszcze inną część po prostu kupiłam na zasadzie " najwyżej będę głodować". 
Nie jestem mądra w takich momentach. Uwielbiam zakupy i często bez opamiętania płynę z kasą. Mam potem oczywiście małe wyrzuty sumienia, ale chwila kiedy rozpakowuję torby w domu jest bezcenna. 
No więc stoję, z tą stertą ciuchów przy kasie i obsługuję mnie młody pan (w moim wieku, albo może troszeczkę młodszy). Z dużą dokładnością składa i pakuje śpioszek za śpioszkiem, a mi serducho się cieszy jak nigdy. Pęcznieje we mnie to dziwne uczucie, które zawsze towarzyszy mi podczas zakupu jakiegoś prezentu. 
Nagle, całe moje podniecenie szlag trafia...




Specjalne pozdrowienia dla pana ekspedienta ^_^
Czytaj więcej >

SESJA

Drogi pamiętniczku...
Ostatnimi czasy tak bardzo Cię zaniedbałam... 
No, ale wiesz sesja...

Tjaa... sesja...
Okres jakże znienawidzony przez wszystkich studentów. 
Dziesiątki zarwanych nocy, stres, ciągły wyścig z czasem, 
tłuste włosy i czerwone białkówki na zaliczeniach. 

Tak to mniej więcej wygląda w przypadku standardowego studenta. 
"Standardowego"- czyli takiego, który nie ma pasażera w brzuchu... 
W przypadku ciężarnych studentek, sesja wygląda jeszcze inaczej...
Pozostają zarwane nocki, wyścig z czasem, tłuste włosy i czerwone białkówki ALE.

No właśnie ALE...Dodajcie do tego ciągłe wahania hormonalne (ja neutralny poziom hormonów muszę utrzymywać farmakologicznie) 
 He he... wystarczy jedna przegapiona tabletka żebym wpadła w czeluści rozpaczy. 

Jestem w 7 miesiącu, a to oznacza, że nie tylko cały czas jestem senna i ociężała, ale dodatkowo ból kręgosłupa, złamanej w tamtym roku kostki i osłabionego przez kule biodra, nasilił się znacznie, przez co zwykłe wyjście do sklepu muszę odpokutować 20 minutami na kanapie. 
A tu się dziwią co niektórzy profesorzy i panie profesorki (te drugie częściej), że nie mam siły i się wymiguję od pracy i ogólnie ciąża to dla mnie taki "parasol ochronny".
 Gdyby nie status tych osób pewnie wkurwiona wykrzyczałabym co nieco.

 Mówi się cały czas: "ciąża to nie choroba" - i ok, też tak uważam, ale momencik, w ciąży też nie można się przemęczać, a ja w jednym momencie zaliczyłam nie tylko problemy osobiste, finansowe, ale i przeprowadzkę i teraz tą nieszczęsną sesję. 
W tym roku skupiłam się na pracy, która przynosi mi szczęście- rysuję, rysuję, rysuję... 
O rzeźbie, fotografii, instalacjach pozwoliłam sobie zapomnieć. 
Nie mam też ochoty myśleć o konceptualnych pracach, bo wystarczająco abstarkcyjne jest dla mnie szykowanie się na przyjście mojej kozy na świat.
Wiele było takich momentów, kiedy chciałam rzucić papierami i zapomnieć o studiach. Potem płakałam, długo i namiętnie i stwierdzałam, że ze studiów to można mnie co najwyżej wyrzucić, bo sama się nie poddam. 

Bawi mnie i drażni ciągłe zdziwienie, być może nawet oburzenie mojego szanownego partnera, czemu siedzę po nocy szykując się na egzaminy. 
Jak bardzo mnie denerwują momenty, kiedy zaczynam wierzyć że przecież chodzi mu o moje dobro, więc zapominam o sprzątaniu i poświęcam się zaliczeniom, a ostatecznie usłyszę litanie o tym jaką "śmieciarą i brudasem jestem" bo mieszkania nie posprzątałam. 
No cóż.. chciałabym mieć trochę przestrzeni tylko dla mnie i mojej pracy do bałaganienia. 
Póki co tego nie mam, a tak się dziwnie składa, że nie mam też czasu z gumy i nie mogę przekładać wszystkich zaliczeń. 

Masakra! 
Przyszła mama, która nie ma zupełnie czasu przygotować się na to cholerne macierzyństwo. Tak wiem, powinnam tryskać radością, że bobas jest tuż tuż, że za moment będę już mogła płakać ze zmęczenia i bólu głowy razem z moją kozą, ale jak tu być spokojnym kiedy nie mam nawet cholernego szlafroka do szpitala?! 
I tutaj słyszę głos mojego partnera "to sobie kup" i znowu zalewa mnie złość, że przecież chciałabym, ale musiałabym poświęcić temu swój czas i uwagę a już mam tak przeciążoną głowę, że bez tego siedzę i płaczę. 

Więc jeśli się zastanawiacie jak to jest być studentką w ciąży... ZAJEFAJNIE:

-Nikt Cię nie rozumie i uważa że robisz za mało i za wolno.

-Nie daj bosze Twoja ciąża jest zagrożona- bo przecież kobiety w ciąży potrafią (jak to usłyszałam) same instalować wystawy i jeszcze pewnie ogródek przekopać (ale nie można oczywiście nosić ciężkich rzeczy- pewnie tylko dlatego, że nie wypada). 
Do nikogo nie dociera, że każda ciąża jest inna i nikt nie będzie o tym pamiętał oceniając Ciebie, że być może Twój lekarz zabronił Ci więcej niż innym kobietom w ciąży ze względu na zły stan.

-Twój partner nawet jeśli jest święty, nie rozumie jak to jest mieć małego stwora w brzuchu, więc i tak mierzy Cię swoją miarą bardziej lub mniej świadomie i będzie wywierał na Ciebie nacisk.

- Od rodziny słyszysz standardowe : "ale zalicz ten semestr"- nadal nie wiem czy to taki nietrafiony objaw wsparcia, czy raczej dręczenia, ale działa raczej jak to drugie.

Ogólnie sesja i ciąża - nie idą ze sobą w parze.
To moment, kiedy w Twoim życiu króluję rozpacz, głęboka deprecha, stres, samotność - JEDEN WIELKI PŁACZ. 

No, a może tylko ja jestem taka słaba dziołcha... Tylko błagam nie piszcie, jak to w ciąży dostałyście skrzydeł i zalała Was energia. 
(A jak już się nie możecie powstrzymać: 
poproszę adres i godziny w jakich można zastać Was w domu.. przygotuję wybuchową niespodziankę :P )




Czytaj więcej >

OPOWIEŚCI O DUCHACH


Każdy ma swoje zwyczaje. 
Jednym z moich jest rysowanie przy filmach dokumentalnych. 
Ze względu na to, że większość z nich już widziałam często muszę pocieszyć się jakimś pseudo-dokumentem popularnym. 
Wtedy mój wybór najczęściej pada na programy o seryjnych mordercach, katasrofach lotniczych i morskich, nazistach, historii i duchach. 
Wczorajszego wieczoru mój wybór padł właśnie na duchy.

Nie jest wcale tak, że wierzę w duchy i oglądam programy o nich z napięciem i ciarkami na plecach. 
Co to to nie...
Są to programy, które nie są zobowiązujące, nie przykuwają większej uwagi, więc mogę przy nich spokojnie pracować, na co ze względu na to, że jestem takim małym synestetykiem nie pozwala mi muzyka. Programy o duchach, dodatkowo często włączam kiedy chce mi się spać, a nie mogę zasnąć. Dlaczego? Odpowiedź jest prosta. 
Te programy są tak naciągane, że aż śmieszne. Po godzinie śmiechu jestem wyczerpana i łatwiej mi zasnąć. No i tak wczorajszego dnia usłyszałam jedną z bodaj najzabawniejszych mądrości telewizyjnych. Sytuacja wyglądała tak...


Biedna Karen.. Musi ją otaczać z tuzin duchów, a nadal wytrwale nawiązuje z nimi kontakt. 
Drogie panie, jak was wzdyma bójcie się! 
Duchy są w pobliżu!!! 
Czytaj więcej >
DROGI PAMIĘTNICZKU czyli z życia Maronia © 2015. Wszelkie prawa zastrzeżone. Szablon stworzony z przez Blokotka